sobota, 15 czerwca 2013

BEZPIECZNIE PO SŁOŃCE



Azahara de los Atunes, Hiszpania

 Coraz bliżej do lata. Większość z nas zapewne nie może się już doczekać słonecznych, długich dni, wakacyjnych wypraw.

 Wizję każdy ma inną , jednak bez względu na to, gdzie i jak będziemy spędzać wakacje, kiedy tylko rozpoczyna się słoneczna pora roku, jest jeden temat, który powraca do mnie jak bumerang, i co roku zgłębiam się w lekturę nowinek w świecie kremów z filtrami. Tak się składa, że cerę mam jasną, a przez większą część roku przebywam w kraju, gdzie słońce bladolicych nie oszczędza. Ba, nie oszczędza nikogo właściwie ;). Co roku uzupełniam moje zapasy, bo jak wiadomo, poparzenia słoneczne są mało przyjemne, niezbyt estetyczne i zdrowotnego wpływu na stan naszej skóry bynajmniej nie mają. Tym bardziej, że skóra niczego nie zapomina, a w młodości kilka grzeszków przeciwko skórze popełniłam. Ale w myśl zasady „lepiej późno niż wcale” od kilkunastu lat kremy z filtrami goszczą na stałe w mojej kosmetyczce. Myślę, że to idealna pora roku, abym mogła się z Wami podzielić moimi doświadczeniami .



Dlaczego tak naprawdę mamy obawiać się słońca?Przecież nawet lekarze zalecają kąpiele słoneczne celem produkcji witaminy D3. Witamina ta jest produkowana przez organizm pod wpływem słońca z cholesterolu naszego prywatnego, gromadzącego się tuż pod skórą. Dzięki witaminie D3 nie chorujemy na krzywicę, zapobiegamy osteoporozie, ułatwiamy organizmowi wchłanianie wapnia i fosforu. Im więcej słońca, tym większa ochota na ruch, spacery, uprawianie sportu, a aktywność fizyczna oznacza chudnięcie. Prawidłowość matematyczna do zaobserwowania wszędzie- słoneczny dzień oznacza większą liczbę ludzi mijanych podczas zwykłej biegowej trasy- biegających, pedałujących czy po prostu spacerujących. Słońce poprawia nam nastrój (hmmmm, te endorfiny :) ). Co więc jest w słońcu takiego strasznego, że kremy z filtrem stosować powinniśmy?
Promieniowanie ultrafioletowe. Dzieli się – w zależności od długości fal, mierzonych w nanometrach - na trzy rodzaje:
-promieniowanie UVA – o największej długości fal (320-400 nm). Stanowi aż 95 % promieniowania ultrafioletowego docierającego do Ziemi. To promieniowanie dociera najgłębiej – aż do tkanki podskórnej. Uszkadza fibroblasty, komórki śródbłonka, komórki dendryczne skóry,niszczy włókna kolagenowe i powoduje utratę elastyny, co przyczynia się do przyspieszania procesów starzenia. Jest główną przyczyną fotoalergii i nowotworów skóry. Natężenie tego promieniowania jest takie samo przez cały dzień, bez względu na pogodę i porę roku.Nie czujemy go na sobie, ale widzimy jego efekty (zmarszczki ;)).
-promieniowanie UVB – o średniej długości fal (290-320 nm). To promieniowanie odczuwamy na własnej skórze bardzo wyraźnie, jest odpowiedzialne za brązowienie skóry,wytwarzanie witaminy D3, ale również za oparzenia naskórka. Dociera nawet do skóry właściwej.
-promieniowanie UVC – o najkrótszej długości fal (do 290 nm). Praktycznie w całości pochłaniane przez warstwę ozonową Ziemi.
Samo zło? Niekoniecznie. Stosowane w niewielkich dawkach, łagodzi objawy łuszczycy, trądziku czy łupieżu.Jednak przy zbyt dużym czasie ekspozycji na słońce bardziej szkodzimy niż pomagamy skórze. Co więc zrobić, jeśli chcemy korzystać ze słońca i nie mieć problemów ? Na ratunek przychodzą nam kremy z filtrami UV. Z roku na rok oferta tych kosmetyków jest coraz większa i każdy może znaleźć coś dla siebie. Przy wyborze odpowiedniego dla nas należy zwrócić uwagę, by krem miał zarówno filtry UVA, jak i UVB. Generalnie zasada jest taka, że im wyższy filtr, tym lepszy. Ale - uwaga!- jeśli zastosujemy krem z filtrem SPF 50, nie oznacza to, że możemy bezpiecznie na słońcu spędzić dwa razy więcej czasu, niż w przypadku zastosowania kremu z filtrem SPF 25. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy wyjechawszy do Hiszpanii, podczas pierwszego wypadu na basen ambitnie zaaplikowałam sobie krem SPF 60 i potem przez dwa tygodnie wyglądałam jak rak po ugotowaniu. O co chodzi????? Okazało się, że sam krem to nie wszystko, istotna jest tez jego odpowiednia aplikacja, i częstotliwość powtórzeń. Ja oczywiście, chcąc być gwiazda, nałożyłam krem już będąc na leżaku, i nie pofatygowałam się, by aplikację powtarzać. O, święta niewiedzo. Jakiś czas później zauważyłam też, że kremy z niskimi filtrami tak naprawdę są mało używane. Wszystkie znane mi Hiszpanki uzupełnianie letniej kosmetyczki zaczynają od zakupu kremu z SPF co najmniej 30. Poszłam za ciosem. Ponieważ nie lubię tracić słonecznych dni na leczenie bólu po niefortunnych kąpielach słonecznych, od kilku lat mam cały arsenał ochronny. Mam kilka moich sprawdzonych już produktów, które z czystym sercem mogę polecić. A więc zaczynamy:

 
Twarz. Najbardziej narażona na promieniowanie, bo i najmniej osłonięta, i wystawiana na słońce przez cały rok, bez względu na to, gdzie się znajdujemy. Kremy z wysokimi filtrami stosuję na twarz praktycznie przez cały rok, pomijając najmniej słoneczne miesiące w roku, czyli listopad i grudzień. Wtedy pozostaję przy zwykłym, codziennym, nawilżającym kremie do twarzy z podstawowym filtrem SPF 15. W pozostałe miesiące stosuję naprzemiennie dwa moje faworyty: RoC Soleil Protexion + , oraz Eau Thermale Avene Very High Protection Emulsion , oba z SPF 50+. Oba kremy wg producentów nie zawierają parabenów, silikonów i substancji zapachowych. Pełny skład produktu możecie podejrzeć tutaj: RoC / Avene .
Oprócz ochrony przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych oba kremy świetnie nawilżają , poza tym Avene jest wodoodporny oraz doskonale nadaje się jako krem na co dzień. Ja mam wersję do skóry mieszanej, krem może nie wchłania się natychmiastowo, ale buzia po nim nie błyszczy, dzięki czemu dodatkowa warstwa czegokolwiek nie jest już konieczna. W moim przypadku to bardzo istotne, bo nie stosuję na co dzień makijażu i jakikolwiek podkład stosuję od wielkiego dzwonu. Oba te kremy stosuję głównie w mieście, na basen, gdzie wiem, że cień jest w miarę łatwo dostępny i zawsze mogę się gdzieś schronić.

W warunkach ekstremalnych typu wypad na plażę czy w góry od tego roku stosuję krem z filtrem SPF 90. Krem, który zwrócił już moją uwagę rok temu. Wg danych producenta posiada zarówno chemiczne, jak i mineralne filtry UVA i UVB, dodatkowo zawiera wyciąg z zielonej herbaty - doskonały antyoksydant. Ponadto w składzie mamy też naturalny filtr roślinny - wyciąg z  flebodium złocistego. Pełny skład produktu dostępny tutaj.Mimo, iż opisany jako żel, tak naprawdę przypomina konsystencją krem. Rozprowadza się dość dobrze, i bardzo fajnie rozświetla buzię. Chroni rewelacyjnie!


 
Czego używam do ciała ? RoC Soleil Protexion + SPF 50+. Krem z wysokim filtrem. Wodoodporny. Idealny jako bazowa aplikacja. Co to jest wg mnie bazowa aplikacja? Pierwsza warstwa ochrony przed UVA i UVB. Nakładam go, ZANIM pójdę na basen czy plażę. Potem, już w trakcie rozkoszowania się słoneczkiem nad brzegiem basenu/jeziora/morza/oceanu (niepotrzebne skreślić), aplikuję oliwkę do ciała z filtrem: 

 
Garnier Delial Ambre Solaire FPS 30. Skład tutaj. Dlaczego oliwka? Bo oliwka z filtrem chroni skórę od razu po aplikacji, nie trzeba odczekać aż się wchłonie. Co jest dość istotne dla mnie, bo po kąpieli w morzu czy basenie skóra jest bardziej narażona na poparzenie niż przed (kropelki wody i efekt lupy). Bardzo dobrze się rozprowadza, choć aplikator w formie spray'u może sprawić, że pod wpływem wiatru produkt nie zawsze trafi tam, gdzie powinien – jednak to mało istotny mankament. Niesamowicie nawilża i wygładza skórę, często stosuję go na nogi, gdy wyskakuję na świat w szortach – daje naprawdę niesamowity połysk, a przy okazji chroni skórę . Póki co używam tej z filtrem 30, ale już czaję się na oliwkę La Roche Posay:




 
O ile ochrona ciała przed promieniami UV nie sprawia wielu problemów (w końcu aplikacja kremu to nie jest jakaś wielka filozofia ), o tyle dużo trudniej jest znaleźć produkt do ochrony włosów. Przynajmniej mi.
Nie lubię nakładać olejków na całą długość suchych włosy, preferuję olejowanie metodą „na rosołek”, tyle, że taka metoda nie końca tworzy na głowie „wyjściową” fryzurę i lepiej ją stosować w domowych pieleszach. Niemniej jednak znalazłam produkt, który jest niedrogi, wydajny, odżywia, regeneruje, a przy okazji zawiera naturalne filtry UV.
 
Rodzimy produkt, mgiełka do włosów jantar Farmony, kosmetyk, który naprawdę polecam na słoneczne dni – nie tylkochronimy włosy, ale jeszcze dodatkowo doskonale je nawilżymy. Pełen skład produktu dostępny jest tutaj .Zawiera alkohol, co nie każdym włosom może służyć, mi nie przeszkadza, bo końcówki i tak dodatkowo zabezpieczam odrobinką olejku (takim, jaki aktualnie mam pod ręką ). W wersji ekstremalnej -czytaj na plaży, gdzie pojawiam się i znikam w odmętach morskich – jako produkt do ochrony włosów stosuję nadwyżkę kremu lub oliwki po aplikacji na ciało. Resztki po prostu wcieram we włosy – sposób radykalny, ale skuteczny. W ostateczności zawsze pozostają arytystyczne nakrycia głowy typu kapelusz, turban czy chustka :).
 Aveiro, Portugalia


Z takim arsenałem mogę bez obaw funkcjonować nawet w największych upałach. I możecie mi wierzyć – mimo wykorzystywania co roku wszystkich tych buteleczek i tak jestem w stanie się opalić na delikatny, przyjemny kolor. Nie twierdzę, że każdy powinien stosować równie radykalną ochronę, trzeba też wziąć pod uwagę miejsce, w którym jesteśmy w czasie, gdy padają na nas promienie słoneczne. Wiadomo, że im bliżej równika, tym mocniejsze przypiekanie, więc i stosowana ochrona powinna być większa. Dodatkowo należy pamiętać o tym, by odpowiednio wcześnie aplikować krem – nałożony już na plaży tak naprawdę niewiele nas ochroni. Trzeba go nałożyć przynajmniej pół godziny przed planowanym wyjściem na słońce. Szczególną uwagę zwrócić na znamiona (więcej kremu) czy tatuaże (więcej kremu). Aplikację powtarzać często, bo warstwy ochronnej pozbywamy się razem z potem, turlając się na drugi bok na ręczniku czy zażywając kąpieli . I nie zapomnijmy o ochronie oczu – okulary z filtrem to podstawa przez cały rok, nie tylko podczas urlopu! A sezon wypoczynkowy dopiero się rozpoczyna, więc warto się odpowiednio przygotować, aby uniknąć przykrych niespodzianek podczas nadchodzących słonecznych dni – których życzę mnóstwo (dni słonecznych, nie przykrych niespodzianek ), bo już najwyższa pora by lato zawitało na dobre :D

8 komentarzy:

  1. Dobry filtr to podstawa letniej pielęgnacji! Fantastyczny pomysł na zdjęcia <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nadal jeszcze panuje pogląd, że im bardziej spalona, tym zdrowsza, i kremy z filtrami to fanaberie....
      Cieszę się, że zdjęcia przypadły do gustu :)

      Usuń
  2. Z moją karnacją zawsze wybieram przynajmniej "trzydziestki"

    OdpowiedzUsuń
  3. Super notka! Sama szukam filtru idealnego, jeszcze na taki nie trafiłam, teraz zamierzam wypróbować emulsję matującą z Vichy. Może to będzie to...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jakoś vichy omijam, nie lubimy się zbytnio....

      Usuń
  4. Bardzo ciekawy post i cenne rady Nie jestem zwolennikiem spalonych skwarek narazonych na poparzenia i choroby skory Jednak jestem ciekawa czy na tak wysolie filtry jak 50 mozna sie opalic Choc troche zabrazowic Obawiam sie, ze przy tak duzym faktorze i tygodniowym urlopie nad Baltykiem wyglada sie jak przed wyjazdem Moze inaczej po Hiszpanii Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że da się - słońce w Polsce ostatnimi laty potrafi zaskoczyć ;) W Polsce na twarz również nakładam krem z filtrem 50+, natomiast na ciało SPF 30. I nie chodzę blada jak ściana, ani tez nie przypominam skwarka :) Myślę, że osoby o karnacji ciemniejszej niż moja nad polskie morze śmiało mogą wybrać SPF 20-25, i powtarzać aplikację co 2 godziny. No i pamiętać trzeba, by unikać słońca w godzinach szczytu - a niestety, w Polsce ciągle jeszcze panuje dziwne uwielbienie do celowego wychodzenia na słońce akurat w południe, czego nie do końca rozumiem.

      Usuń